wtorek, 7 maja 2013

Epilog


- Louuuuuuuuuuu, pospiesz się! - krzyknęłam i usiadłam na walizce. Chłopak od dobrych piętnastu minut biegał po pokoju, szukając skarpetek. Tak, Tomlinson nie chodzi w skarpetkach, ale zawsze jakieś ze sobą ma i ciągle je gubi.
- Jak z dzieckiem, jak z dzieckiem normalnie - mruknęłam ze śmiechem.
- Znalazłem! - dobiegł mnie głos z łazienki.
- Gdzie były?
- Pod prysznicem - odpowiedział z zawadiackim uśmieszkiem.
- Nadal nie rozumiem po cholerę ci są skarpetki, przecież i tak w nich nie chodzisz - zaśmiałam się.
- Ja też nie wiem - powiedział i cmoknął mnie w nos.
Zeszliśmy do recepcji, wymeldowaliśmy się, zapłaciliśmy za pobyt i skierowaliśmy się w stronę samochodu.
- Ja prowadzę! - krzyknął Louis, szybko wrzucając walizki do bagażnika.
- Ej, to jest mój samochód, więc ja prowadzę - odparłam.
- Ale noo, mogę ja? - zrobił oczka jak kot ze Shreka, więc nie mogłam mu odmówić.
- No to kierunek LA! - krzyknęliśmy radośnie.
Wsiedliśmy do samochodu, zapieliśmy pasy i odjechaliśmy.
Po chwili mój narzeczony włączył radio. Akurat leciało ‘What makes you beautiful’, więc zaczął śpiewać. Po chwili ja również do niego dołączyłam. Tak minęła nam pierwsza godzina jazdy. Tomlinson skupił się na drodze, a ja odpłynęłam w krainę rozmyślań.
Czy dobrze robię? To pytanie krążyło po moim umyśle.
Czy wyjazd do Anglii jest właściwym rozwiązaniem?
Po pewnym czasie zasnęłam.
Obudził mnie przeraźliwy krzyk Louisa. Jedyne co zobaczyłam to tir pędzący prosto na nas i Louis gwałtownie skręcający kierownicą.

*

Obudziłam się na szpitalnym łóżku. Obok mnie siedział Justin, trzymał mnie za rękę.
Niepewnie uścisnęłam mu dłoń.
- Lilly? - odezwał się zdziwiony.
- Umm.. Tak? - odparłam z lekkim uśmiechem.
- Ty żyjesz! - krzyknął uradowany.
- No chyba tak...
- Jejku, nawet nie wiesz jak się cieszę! - powiedział i mocno mnie przytulił.
- Co się tak właściwie stało? - zapytałam.
- Miałaś wypadek, a w zasadzie to mieliście. Ty i Louis. Wracaliście do Los Angeles i jakiś pijany kierowca tira zajechał wam drogę. Louis gwałtownie skręcił i ty wypadłaś z samochodu. [dop.aut. - kilka rozdziałów temu dodałam zdjęcie samochodu, był to samochód bez dachu, więc bohaterka mogła wypaść górą.] Ale Louis...
- C-co z Louisem? - zapytałam niepewnie.
- Louis... Louis zginął na miejscu. Przykro mi.
- Louis nie żyje? - zapytałam ze łzami w oczach, na co Justin tylko pokiwał twierdząco głową.
- Wyjdź... Zostaw mnie samą... - powiedziałam, a Bieber bezszelestnie podniósł się z krzesła i wyszedł bez słowa.

*

Od śmierci Louisa minął już rok. Nadal nie mogę poradzić sobie z tą sytuacją. Mieszkam z ojcem, ale on nie ma zielonego pojęcia o tym, co przeżywam. Justin odwiedza mnie tak często jak to tylko możliwe, bardzo się o mnie martwi. Zawsze gdy wyjeżdża, prosi mnie o to, żebym nie zrobiła żadnego głupstwa. Czasem mam wrażenie, że on potrafi czytać w moich myślach. Harry, Niall, Liam i Zayn nie odzywają się do mnie, twierdzą że to ja zabiłam ich przyjaciela. Całkowicie się z nimi zgadzam. Zabiłam Louisa. Gdybym wtedy nie pozwoliła mu prowadzić, może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Być może Louis by żył. Nie mogę jeść, nie mogę spać, nie mogę normalnie funkcjonować. Ból zabija mnie od środka. Chciałabym żeby Louis był tutaj przy mnie. Żebyśmy byli szczęśliwi.

All those crazy things you said
You left them running through my head
You're always there
You're everywhere
But right now I wish you were here

All those crazy things we did
Didn't think about it, just went with it
You're always there
You're everywhere
But right now I wish you were here

Damn, damn, damn
What I'd do to have you
Here, here, here
I wish you were here
Damn, damn, damn
What I'd do to have you
Near, near, near
I wish you were here


*
{narracja 3os.}

Dwudziestoletnia dziewczyna siedzi nad grobem. Nad grobem swojego narzeczonego. Nie płacze, nie ma już na to siły. Niepewnie wysypuje sobie garść tabletek na rękę, wkłada je do ust i zapija wódką.
Ostatkiem sił pisze jednego krótkiego smsa ‘Nie dałam rady. Przepraszam.’ Wysyła go do swojego najlepszego przyjaciela, Justina.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Cześć!
Przepraszam, że tak długo musieliście czekać na ten epilog, ale naprawdę nie miałam ani czasu, ani weny, ani niczego po prostu.

Od samego początku śmierć głównych bohaterów była zaplanowana. Wprawdzie miała się ona odbyć w zupełnie innych okolicznościach, ale wyszło jak wyszło.

Dziękuję za wszystkie komentarze, za tak dużą liczbę wejść. Dziękuję, że byliście tutaj ze mną. Dziękuję za wszystko!

Na mojego pierwszego bloga {got2luvya} mam zamiar jeszcze kiedyś powrócić.

Możecie mnie złapać na tt - https://twitter.com/hiimklaudia.

Pozdrawiam!
Dusia. Xx